Zapach bzu

Maj 31, 2012

morze

Zapisane jakiś czas temu, trochę przewrotnie, wrzucam.
Powrót do domu przez pusty Wawer w tą ciepłą, pachnącą bzem noc, gdy w uszach brzmi Norah Jones… w takich chwilach działa magia. Te uczucia są magiczne. Rodzą się myśli całkiem niespodziewane,jak teraz, zapisywane na skrawkach papieru. Pojawia się dławienie w gardle. To dobre dławienie. Mam ochotę płakać ze wzruszenia, choć przecież nic się nie dzieje. Nie mam konkretnego powodu. Po prostu łzy same napływają mi do oczu. Myślę wtedy jak bardzo jestem szczęśliwa. Jak wiele dobrego spotyka mnie każdego dnia. Jak niesamowitych ludzi ludzi spotykam na swojej drodze, a spotkania z mniej fajnymi prowadzą mnie tylko do dobrych rzeczy.
Często o tym zapominam. Boję się powiedzieć, że jest dobrze, że jestem szczęśliwa. Boję się, a przecież jestem. Tak strasznie, strasznie dużo dobrego spotyka mnie każdego dnia. Nie doceniam tego, nie doceniam tych wszystkich ludzi, którzy są przy mnie. A są fantastyczni. Tak wartościowi, kochani. Są przy mnie. Przy mnie. Z własnej, nieprzymuszonej woli. I kochają mnie. Właśnie mnie. Nie wiem czy istnieje coś bardziej magicznego niż czucie się chcianą. W ten stały, bezpieczny sposób. Bez dramatów, niepewności, gwałtowności, złości i zazdrości. Tak po prostu, dzień po dniu. Naturalnie, bez zastanawiania się i analizowania. Szukam miłości każdego dnia, wypatruję jej, analizuję, zastanawiam się. A przecież ja już mam miłość. Mam tak strasznie dużo miłości w moim życiu. Oczywiście, chciałabym znaleźć miłość romantyczna, ale to nieprawda, że nikt mnie nie kocha. Jestem kochana. Choć tak dziwnie to brzmi, choć tak ciężko mi to sobie uświadomić. To, że mogę być bezpieczna. To, że nie muszę polegać tylko i wyłącznie na sobie. To, że nie muszę się ukrywać, nie muszę zamykać uczuć i myśli w szufladach mojej głowy, żeby nikt nigdy ich nie poznał. Żeby nikt nie poznał mnie. Tej prawdziwej. Mogę się odsłonić i opuścić gardę, bo jestem akceptowana. Kocham bez strachu, bez poczucia niższości. Bez nieznośnej świadomości dawania zbyt dużo i otrzymywania w zamian jedynie zła.
Sama nie wiem kiedy i jak się to stało. Jakim cudem spotkało mnie coś takiego. Nie wiem i nie rozumiem. Mam tylko w gardle to dławienie. Szczęście, którego nie umiem wyrazić.
Kocham i jestem kochana.

Nic.

Kwiecień 17, 2012

Nie mam planu na dzisiejszy wpis, będzie więc dziś o Niczym.
Tu jest nic.
Nic.
Pamiętam, w liceum napisałam całkiem obszerną pracę odpowiadającą na jakże ważkie pytanie „Czy nic istnieje?”. Nie mogę sobie przypomnieć do jakich wniosków doszłam, ale wiem, że ta praca była bardziej zaawansowana niż moje obecne eseje i referaty…
Tak bardzo lubiłam pisać o tych wszystkich dziwnych rzeczach. Porzucić na chwilę sztywne ramy tego wszystkiego, co ludzie uważają za rozsądne. Płynąć. Zupełnie bez celu, zupełnie bez sensu. Pozwolić sobie na ten komfort znajdowania się poza. Poza tym, czego ludzie ode mnie oczekują, poza tym, jak ludzie mnie widzą, poza tym, jaką chcieliby mnie widzieć. Jestem naprawdę kiepska w spełnianiu oczekiwań. Bardzo się staram i mam naprawdę dobre chęci, ale nie bardzo mieszczę się w kategoriach w których mieścić się powinnam. Przejmuję się, frustruję, rozczarowuję, wpadam w panikę, jest mi przykro, źle i smutno. Ale nie umiem powiedzieć sobie „Przestań! Ogarnij się! Bądź wreszcie grzeczną, normalną dziewczynką!”. Nie, właściwie to umiem, ale nie idą za tym czyny. Bo jestem trochę przetrącona. Pokopana. Dziwna. Przepraszam, jest mi z tym źle, ale… taka jestem. Umiem mówić inaczej, umiem się inaczej śmiać, umiem inaczej dobierać słowa i zmienić wygląd. Umiem być zupełnie inną osobą. Będąc całkowicie szczerą, to zupełnie innymi osobami. Bawię się zmieniając się zależnie od osoby z którą przebywam, od sytuacji w której jestem postawiona. Ale niektóre rzeczy się nie zmienią. Zawsze tak będzie. Zawsze będę miała w sobie to dziwactwo. Może ugładzone, może trochę głębiej schowane. Ale ono zawsze będzie częścią mnie. Będę dziwna. Wybaczcie, nie zadowolę was. I nigdy, przenigdy nie zadowolę siebie.
Ja wiem, że to irytuje. Wielu ludziom wydaje się, że potrafią mnie naprawić. Że jestem tylko trochę popsuta, że śrubki się odkręciły, a trybiki poluzowały. Że wystarczy tylko śrubokręt i trochę taśmy izolacyjnej i wszystko będzie dobrze. Będę działała. I będzie super.
Proszę. Proszę. Błagam. Nie próbujcie mnie naprawiać. Nigdy nikomu do głowy nie wpadło, żeby zamiast wymyślać kolejne rozwiązania powiedzieć po prostu „spoko, będzie dobrze. Właściwie to nic takiego się nie stało. Chodźmy na czekoladę”. Nigdy. Dowiaduję się tylko nowych teorii, nowych sposobów jak sprawić, żebym przestała być tym, kim jestem. A ja chyba jednak wolę być dalej sobą. Jakkolwiek straszne może się to wam wydawać.

Nadzieja?

Styczeń 9, 2012

Wybaczcie, dzisiejsze zdjęcie będzie bardzo dosłowne. Zwalmy to na późną godzinę.

Mawiają, że nadzieja umiera ostatnia. Załóżmy, że tak jest.
Co potem? Co dzieje się, kiedy umrze nadzieja? Jak w ogóle wygląda śmierć nadziei? Niebo płacze, zrywa się wiatr, robi się ciemno i zimno? Psy zawodzą, konie stają dęba, a koty się stroszą? Gdzieś przeleci kruk i zawyje wilk? Czy ludzie w ogóle to zauważają? Czy siadają pewnego dnia przy herbacie, nagle bledną, a kubek wypada im z rąk? Może siwieją w przyspieszonym tempie? A może nie dzieje się nic. Może da się żyć już bez nadziei. Może da się przełknąć, zignorować dławienie w gardle i żyć dalej. Każdego dnia, po prostu żyć. Przestać zadawać sobie pytania, przestać analizować, myśleć, kombinować, starać się. Wstawać każdego dnia i robić swoje. Bez oczekiwań.
Może kiedy umrze nadzieja, da się odnaleźć spokój? Bo nadzieja to przecież oczekiwanie. A oczekiwanie to niepokój. Może nadzieja musi umrzeć, żeby można było odnaleźć spokój. Może wcale nie jest taka ważna, nie trzeba robić o nią wielkiego halo.
Oczywiście, życie bez nadziei to nie szczyt marzeń. To nie pełnia szczęścia, to nie radość i uśmiech nieschodzący z twarzy. To nie podniecenie, śmiechy i podskoki. Ale to też jakieś wyjście. To bezpieczeństwo, stałość. Pewność i niezmienność. To wstawanie każdego dnia nie ze ściskiem żołądka z podniecenia, ale z jasnością i przejrzystością.
Hej, kto wie, może to właśnie śmierć nadziei jest początkiem nowego życia. Kiedy nie ma nadziei łatwiej jest ruszyć do przodu, zapomnieć, zacząć porządkować życie i ustalić nowe, jasne reguły. Wyeliminować z życia całe to rozedrganie, niepewność i ból. Właśnie, ból. To też dość ważna sprawa. Zwłaszcza, jeśli nadzieja zawodzi. Jeśli wyobrażenia i pragnienia rozmijają się z rzeczywistością. Wtedy nie ma już tego radosnego wyczekiwania. Zamiast niego jest ból. A ból to niefajne uczucie. Doświadczyłam go parę razy i nikomu nie polecam.
Dlaczego więc z tego nie zrezygnować? Dlaczego nie schować głowy pod koc? Czy to aż takie złe? Zwłaszcza, jeśli ma się latarkę i dobrą lekturę? Przecież pod kocem jest ciepło i bezpiecznie. Nikt nas tam nie skrzywdzi. Czasem nawet przyjdzie kot, położy się, zamruczy szczęśliwy.
Chyba czas znaleźć sobie ładny, puchaty koc.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.